Tajlandia – 53 dni

W poniższym tekście wymieniam punkty i konkrety, niemniej wszystko, co zobaczyłam i z czym się spotkałam jest przecedzone przez moje własne nastawienie odczucia i wrażenia.

Na mapie, którą się z Tobą dzielę zobaczysz trzy typy informacji:

  • Hostele, w których spałam
    • Zielone – super! teren sprawdzony i do polecenia!
    • Pomarańczowe – skonsultuj ze mną lub przeczytaj recenzje
    • Czerwone – omijaj – najczęściej są głośne, albo brudne
    • Niebieskie – nie mam uwag, bardzo neutralne
  • Miejsca, w których byłam
    • Żółte to miasta
    • Niebieskie, to miejsca, które warto zobaczyć
  • Miejsca, które chciałabym odwiedzić

Każde z nich ma różne kolory, żeby było łatwiej się zorientować co do moich rekomendacji lub rady dotyczącej omijania miejsca. 

Hostele

Za każdym razem spałam w “dormie” – wspólnym pokoju, w którym najczęściej były piętrowe łóżka różnej jakości. Od takich, gdzie czułam się jak na szczycie wieży Jenga (Happy Hippy Hostel, Koh Samui), po zupełnie wygodne dolne poziomy łóżek (polecane na zielono).

Każdy z hosteli był zdecydowanie z dolnej półki cenowej i znaleziony zazwyczaj dzięki portalowi Agoda.com, który dokładniej opisuję w tym poście. Dolna półka cenowa oznaczasumy między 13 a 19 PLN.

Miejsca, w których byłam

Nie ma tu listy atrakcji turystycznych, są miasta i miasteczka. 🙂 W każdym z miejsc największą wartością byli ludzie, którymi się otaczałam. 

Krabi

W Krabi przeszłam się na niejeden spacer, to były moje pierwsze dni w Azji. Sporo pracowałam przy laptopie w hostelu, oswajałam się z wysoką temperaturą, jadłam pierwszy Pad Thai, jechałam pierwszym publicznym autobusem.

Koh Lanta

Na Koh Lancie mnóstwo czasu spędzałam pracując z laptopem na kolanach,  gadając z ludźmi z hostelu, na plaży. Byłam w trzech hostelach, z czego w jednym ponad tydzień. Spędziłam tam swoje urodziny.

Koh Samui i Koh Tao

To na pewno piękne wyspy, ale nie porwały mnie. Nie byłam też wtedy w nastroju na “piękne wyspy”. Na Koh Tao mi się bardzo dobrze pracowało i pisało w hostelu, na wielkim tarasie z widokiem na morze.

Bangkok

Przeszłam wtedy jednego dnia ponad 20km, przejechałam dodatkowe kilometry autobusem. Może nie wyczerpałam tematu zwiedzania, ale hałas i pęd tego miasta pozwoliły mi się nim zauroczyć i znienawidzić jednocześnie. To nie Bangkoku wina, że jest, jaki jest!

 Chiang Mai

To mniejszy, spokojniejszy, ładniejszy… Bangkok. Dostęp do dobrodziejstw tego świata zapewniony: markety, street food, kawiarnie, ale większy spokój. W dodatku taniej niż na południu.

Warto zwrócić uwagę na świątynie w centrum miasta, ewentualnie wszelkiego rodzaju bazary: Saturday Market na południu miasta i Sunday Market w centrum podobały mi się najbardziej.

Chiang Rai

Do Chiang Rai wybrałam się w między czasie mojego długiego przystanku w Pai i wspaniale, że to zrobiłam! Nie da się tam dostać inaczej niż z Chiang Mai. Chiang Rai, to odwiedzane przez turystów, ale niezbyt tłumnie, miasto na północy Tajlandii. Czas płynie tu jakby wolniej. Zatrzymałam się w fantastycznym hostelu, gdzie moje serce skradły natychmiast trzy elementy: 

  • Trzy kotki. Kocięta, które wywołały u mnie katar, swędzenie i łzawienie oczu, ale radość wielką.
  • Błękitny Fiat 125p – własność zarządzającego hostelem Taja.
  • Obwieszona hamakami wspólna przestrzeń. 

Miejsca do zwiedzenia w Chiang Rai

  • White Temple – Biała Świątynia, którą prywatnie ufundował Taj artysta. Odwiedza ją wielu turystów i chyba o każdej porze, ale jest absolutnie warta zobaczenia.
  • Blue Temple – Niebieska Świątynia – również prywatna i cały czas w rozbudowie. Ciekawy twór. Znacznie mniejsza przestrzeń. 
  • Black Museum – Czarne Muzeum – pewien Taj, artysta i podróżnik stworzył kompleks koło 40 różnego rodzaju budynków wypełnionych po brzegi pamiątkami z jego wypraw. Znajdziemy tam bawole rogi, skóry węży itp.

Pai

Och Pai! Najpierw onieśmielona “europejskim” marketem – znajdziesz tu pizzę, burgera i sałatki pomiędzy standardowymi makaronami i jedzeniem na patyczkach – skrzywiłam się na sztuczność tego miejsca. Szybko jednak mi przeszło i rzuciłam się na wegetariańskie dania pełne warzyw i tzw. superfood. Jedzenie bez dodanego cukru jest tu przepyszne!!!

W Pai spotkasz hipisów i “hipisów”. Od tych drugich trzymałam się w miarę możliwości z daleka,. Tych pierwszych znajdziesz w przemiłych muzycznych, artystycznych miejscach tego miasteczka:

  • Art in Chai – co czwartek wieczory Open Mic i niemal co wieczór muzyka na żywo. Wspaniała, niemal rodzinna atmosfera. Przepyszna herbata, ciasta, jedzenie.
  • Blossom – piękne, pyszne jedzenie i internet (tutaj rodzi się ten post).
  • Jazz House – co niedzielę Open Mic, muzyka na żywo, która następnie przenosi się do miejsca o nazwie Mojo
  • Om Garden & Earth Tone – znów jedzeniowe, pyszne miejsca i piękne przestrzenie
  • Sabai Garden & Shekina Garden – wydarzenia co i rusz

Poruszając się po tych miejscach Lea i ja, spotykałyśmy niemal ciągle tych samych ludzi coraz głębiej i w coraz milszy, wchodząc z nimi kontakt.

Tutaj przeżyłam konkretny tajski masaż: Lalita Massage – polecam!

Miejsca, które chciałabym odwiedzić

Koh Lipe, Koh Phangan, Koh Mook – tak mi się poskładało, że na mniejszych wyspach, choć podobno piękne, miałam swój wyjazdowy kryzys. Było mi smutniej i gorzej. Byłam rozdrażniona i zamiast się cieszyć tym co widzę, to ignorowałam piękno w wielkim fochu. Tak to jest: takim widzimy świat, jakimi emocjami go zabarwimy. 

Kao Sok – w zaniepokojonym pędzie początkującej podróżniczki wydawało mi się, że nie mam czasu na Kao Sok. Miałam i czas, i fundusze, które też mnie niepokoiły. No nic. Innym razem. 

Co wiem o tych miejscach? Nic. Jak wszędzie, jadę, bo ktoś polecił, podpowiedział. 

Ceny

Ceny w Tajlandii opisałam tu: Ceny w Tajlandii.

Pierwsze 3 tygodnie były znacznie bardziej oszczędne. Na wyspach, kiedy chcesz posiedzieć, ponotować, posłuchać muzy kupujesz szejk owocowy za 3-5pln i zasuwasz na plażę. W miasteczkach typu Chiang Mai czy Pai ciśniesz do knajpki i wydajesz kilka złotych więcej na kawę. A potem ciasto, bo przecież siedzisz już tam trzecią godzinę. W końcu czas na obiad – jest może droższy, bo jest chłodniej, więc i apetyt jest większy. To może jeszcze deser?

Siedziałam sporo w jednym miejscu, to też sprzyja kupowaniu pierdół 😀 Choć moja lniana spódnica jest najwspanialsza, to bez kolczyków by się obyło 😉 

Puenta jest taka, że o ile w pierwszym miesiącu wydałam ca. 1200 PLN, to w drugim już niemal 1700 PLN – w tym kiecka za ponad stówkę w ramach prezentu na święta. 

Na koniec

To post jakiego ja bym potrzebowała przed wyjazdem – konkretne punkty, dane, ceny. Daj znać jeśli i Tobie się przyda. 

Przed wyjazdem korzystałam z wskazówek z bloga Zuzy www.jestemzuza.pl , pozostając w nią w stałym kontakcie zwłaszcza na początku 🙂 Pomogło mi też szukanie i gadanie z osobami, które tu już po prostu były: zaczynając od mojej mamy, przez znajomych, po połączenia instagramowe, czy podglądanie hashtagów!

POZWÓL MI DOTRZEĆ DO WIĘKSZEJ LICZBY CZYTELNIKÓW. BĘDĘ WDZIĘCZNA JEŚLI PODZIELISZ SIĘ TYM ARTYKUŁEM  
NA FACEBOOKU.

W razie jakichkolwiek pytań, czy wątpliwości nie wahaj się komentować poniżej, lub skontaktuj się ze mną!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zainteresowany ? Napisz do mnie kontakt@dorisinsocialmedia.com