Table of contents
Share Post

Jeśli nie masz czasu lub ochoty czytać, to od razu, szybciutko przejdź do życzeń!

Górą do dołu – Chiang Mai

Obawiałam się, że będzie trudniej.

To moje pierwsze święta poza domem. W ciepłym kraju, gdzie pomimo ubranych sztucznych choinek, a czasem brzęczącego “Jingle Bells” atmosfera świąt dociera do mnie bardzo powierzchownie. Wyhamowuję publikowanie na blogu merytorycznych wpisów, bo z Instagrama wiem, że Polska bardziej niż o rozwijaniu swojej marki osobistej myśli o tym jak ogrzać dłonie kubkiem ciepłej herbaty. Widzę gotowane barszcze, spotkania rodzinne, imprezy firmowe i odrobinę tęsknię, ale jest to dla mnie szalenie abstrakcyjne. Choć temperatura w Waszych domach jest zbliżona do temperatury tajskiego powietrza, to temperatura moich emocji względem tegorocznych świąt jest bliższa tej w Waszych lodówkach (Oj, śledzia to bym zjadła…).

Z mojego punktu widzenia, to tylko jakiś czas, po którym za 2 tygodnie nie będzie śladu.

Nie tęsknię tak bardzo, jak mogłabym za niewielkim stołem w moim rodzinnym domu. Przede wszystkim nie tęsknię za tym, z czym kojarzą mi się święta: że coś musi być. Musi być ładnie, musi być czysto, musi być zrobione, ,musi być umyte, musi być nowe, musimy się ładnie ubrać, musimy wyprasować, musimy kupić. Nie tęsknię za tłumami w sklepach, korkami na drogach, zimną wilgocią za oknem.

Podróżowanie solo

Bałam się Świąt w podróży, bo to czas, kiedy miękka chmura wiadomości ze świata docenianiu relacji i bliskości, poznawaniu się i głębokich rozmowach przy stole wisi nad głową. W święta stajemy się łagodniejsi, milsi dla siebie, zwalniamy… Światło jest złamane, ciepłe, powietrze pachnie cynamonem, swetry otulają zmarznięte karki. Najmilej byłoby złapać kogoś za rękę, przytulić i oglądać „Dirty Dancing” dwudziesty siódmy raz w życiu. Płynie w powietrzu wolna melodia podsumowań, wspomnień i pragnień za najmilszymi do wyobrażenia momentami. Ta aura i ta melodia, te opary melancholii byłyby bardziej nie do zniesienia gdybym była nimi opatulona w Polsce, niż w czasie, gdy łaskoczą mnie po ramieniu liście bananowca.

Gdzie indziej

Pai, miasteczko północnej Tajlandii, gdzie wśród setek turystów spotykam mieszkających tu ludzi. Zakotwiczonych, mających własne społeczności, żyjących tu od miesięcy, lat, prowadzących spokojne piękne życie. Od dwóch tygodni już mijam te same uprzejme twarze w kolejnych pulsujących muzyką kawiarniach. Kojarzę ich, ale i oni kojarzą mnie z ostatnich wieczorów, z tańca i wspólnego śmiechu. W świąteczny poniedziałek wmieszam się w ich grupę, może nawet spróbuję jakiegoś domowego ciasta. Będzie pewnie przyjemnie, ciepło. Wrócę do hostelu, zdzwonię się z rodziną, pójdę spać.

I będzie po świętach.

Mogłabym

Mogłabym, ale przez brak nastroju kompletnie zapomniałam, zadbać o drobiazgi wysyłkowe dla rodziny i przyjaciół. Nie należy się wobec powyższego spodziewać ode mnie świątecznych upominków i trochę tego żałuję. 

Mogłabym sobie zrobić świąteczny prezent. Skoro nie wydaję na głupoty, to może mogłabym… i zrobiłam :) ! Kupiłam sobie wcale nie tanią, lnianą spódnicę, którą założę na Wigilię! Racjonalizuję ten zakup tym, że w Wietnamie zimno i dodatkowa warstwa na leginsy się przyda!

Życzenia

Życzę Ci czasu, który ja znalazłam dopiero tu w podróży: czasu na skupienie się na sobie.
Życzę Ci siły na uczciwą autorefleksję i samoocenę.
Życzę Ci cierpliwości do nauki o sobie – buduj swoje dobre nawyki, regularne aktywności, dziękuj, ciesz się, doceniaj.
Życzę Ci wspaniałych ludzi wokół Ciebie – to od Ciebie zależy kim się otaczasz – miej odwagę wybrać mądrze.
Życzę Ci odwagi! Dopiero w podróży dociera do mnie mnóstwo sygnałów o tym, jak ciężko jest wyjść ze strefy komfortu. Nie ma lepszej metody, jak po prostu… wyjść.
Życzę Ci konsekwencji w pracy nad najlepszą wersją siebie.
Codziennie Ci życzę. Nie od święta.

Zapisz się do newslettera